WDECH… I WYDECH…

Kwietniowy poranek zawitał z chłodem i szaromlecznym niebem.

Mroźne choć wczesno-wiosenne powietrze gwałtownie wdarło się przez uchylone okno, by wnieść świeżość w zamknięte mury.

Śpiew ptaków roznosi się po pustych ulicach głośno i wyraźnie. Leżąc na macie do ćwiczeń przenoszę się momentalnie na przepiękną, pachnąca, zieloną łąkę…

– wdech… wydech…ale cisza.

Zazwyczaj o tej porze śpiew ptaków miesza się z ulicznym szumem. Samochody, pokrzykiwania…dzisiaj cisza.

Poranki od paru tygodni przepełnione są pustką, dopiero w godzinach popołudniowych ludzie pomału wynurzają się po najpotrzebniejsze zakupy lub szybkie ćwiczenia na świerzym powietrzu.

Świat staną w miejscu.

Przepełniony lękiem, smutkiem, zrozumieniem, ale również ignorancją i brakiem wyobraźni. Nadszedł czas, gdy ludzie zaczęli pokazywać swoją prawdziwą naturę. Niektórzy w miłości do bliźniego postanowili zostać w domach i opiekować się najbliższymi. Inni natomiast całą swoją frustrację wyładowywali na pierwszo spotkanych ludzi na ulicach lub personel, który ich obsługiwał.

Podniosłam się do pozycji wyjściowej…tzw. siadu po turecku. Lewą dłoń ułożyłam na sercu a prawą zgiętą w łokciu z otwartą dłonią skierowaną ku przodowi utrzymywałam w kącie prostym.

Wdech …i wydech.

Moje nogi wydawały się tak samo opuchnięte, i tak samo biało-sino-czerwone jak zawsze. Jednak nie czułam żadnego bólu, ciągnięcia ani mrowienia.

Hmm … dziwne- pomyślałam.

Jedyny dyskomfort, jaki odczuwałam wydobywał się z mojej duszy.

Niedawno wypowiedziane słowa nadal wbijały się we mnie niczym pociski, raniąc każdy jej lewel. Każda uszczypliwość, sarkazm, odczuwałam z podwójną siłą.

Było mi smutno.

W czasach kryzysu epidemi, kiedy powinniśmy się wspierać zostałam postawiona na lini frontu- klient kontra doradca żywieniowy/sprzedawca. Bez jakiejkolwiek tarczy obronnej. Nie byliśmy przygotowani na nowe zasady, nie przechodziliśmy szkoleń ani symulacji. A przede wszystkim nie byliśmy gotowi na bezczelność oraz początkową masową ignorancję. Ani my, ani nasi klienci. Taaa nie była to równa walka. Ja miałam jedno życie, a oni zmieniali się co 5 minut.

Czyż nie jest tak, iż zazwyczaj frustracja, gniew biorą się z lęku, niewiedzy lub wewnętrznego bólu ? Czy ta cała opryskliwość do drugiego człowieka nie jest wołaniem?

“Tu jestem!!! Jest mi źle!!! Boje się!!! Rozrywa mnie w środku!!! Uśmiechasz się? Jakim prawem skoro ja tak bardzo cierpię!!!”

Oczywiście byli i tacy co wnosili radość i zrozumienie. Jednak to z początku ta zła strona mocy przesłoniła cały obraz pierwszych dni londyńskiego lock down.

… i w pewnym momencie … podczas kolejnych pocisków skierowanych w moją stronę coś pękło. Ta miłość, spokój, uśmiech, wszechobecny zen… po prostu runęło z hukiem. Rozpłakałam się. Łzy spływały mi po policzkach a wszystkie emocje zrównały się tylko do żalu i niemocy.

Wdech… i wydech.

Ja, chodzącą szczeżuja, wulkan optymizmu i mistrz przytulania oraz pocieszania wszystkich i wszystkiego… tak po prostu wybuchłam.

Wdech …i wydech.

Kolejny tydzień spędziłam w domu.

Poczułam, że moja dusza potrzebuje wsparcia i opatrunku na wszystkie zadane jej rany.

Firma, dla której pracuję widząc jak nowa sytuacja społeczna przerasta wszystkich – od klientów po personel- wyciągnęła pomocną dłoń i postanowiła dać mi kilka dni na pozbieranie myśli.

To był czas na odświeżenie i przygotowanie na ponowne starcie z losem.

Czas w domu.

Czas z moim mężem oraz czas z samą sobą.

Czas, który spędziłam w dużej ilośći kojąc swoje rany balsamami dla duszy w formie książek, ohhh nie wyobrażam sobie innej formy relaksu. (Tutaj jak zwykle z pomocą przyszedł mój ukochany C.R. Zafon i jego cykl o cmentarzu zapomnianych książek, Lucy Maud Montgomery z Anią z Szumiących Topoli, Regina Brett i Bóg (który) nigdy nie mruga, oraz Rozmaryn i róża Agnieszki Maciąg) Są to lektóry, po których wpadam w kilkugodzinny trans. Zadumę nad tym, co było i co jest, by później skupić się na tej danej chwili, na tym spokoju, na tym cudownym momencie, na TERAZ. Na tym całkowitym oderwaniu się od tego, co przyziemne.

Wdech… i wydech…

Zdałam sobie sprawę, iż czasem bywa tak, że potrzebujemy chwili, by przetrawić to, co nas tak mocno i bezustannie gniecie w środku. Nawet jeśli jest to nadmiar niepotrzebnie wypowiedzianych słów w naszą stronę. (czasem jest to niegrzeczna uwaga na temat rozmiaru oraz wyglądu naszych nóg, a innym razem frustracja z powodu, że komuś się spieszy i jest zdenerwowany ograniczeniem wpuszczania ilości klientów w sklepie spowodowanym nagłym social distance)

Wszystkie potrzebujemy chwili, by wyjść poza daną sytuację i stanąć obok.

Przyjrzeć się jej z odległości i zrozumieć, dlaczego ten cały wir zdarzeń potoczył się tak, a nie inaczej.

Może to kolejna lekcja, która sprawdza naszą cierpliwość oraz poziom naszej wrażliwości?

Albo dzwonek od naszej podświadomości, która buntuje się z powodu nagromadzonych nieistotnych myśli, krążących w naszej głowie?

Albo po prostu kolejna (teoretycznie katastroficzna) sytuacja, która ma na celu pokazanie nam jakie życie jest piękne. Życie bez gniewu, oceniania, frustracji i niepotrzebnych dołujących nas myśli.

Zawsze w ciepłe letnie dni czujemy, że wszystko dookoła nas żyje, ale to dopiero podczas deszczowych, szarych chwil tak bardzo doceniamy i tęsknimy za promykami słońca.

Życie toczy się swoimi zasadami. Równowagą między światłem a ciemnością, radością i smutkiem, zrozumieniem i gniewem. Wyciągajmy wnioski z każdej chwili. Podnośmy się z dumą i bądźmy gotowe na kolejny dzień. Nie, czasem nie będzie lekko, ale i to przeminie by nastało to co dobre.

Wstałam, zwinęłam mate i ułożyłam ja w specjalnie wyznaczone miejsce z innymi przedmiotami do jogi (tak, niektóre z nich po prostu zostały zakupione i czekają na swój moment, pozostałe wytarte i bez opakowań przeżywają właśnie swój czas chwały) .

Podeszłam do okna.

Słońce już zdążyło przedostać się przez mleczny pas chmur. Usiadłam na naszej kanapie (zwanej przezemnie i Kubę posłaniem dla kota) i wpatrując się w kwietniowy, poranny krajobraz, przepełniona miłością wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech … i wydech.

Byłam gotowa, by zacząć nowy dzień. 


zdjęcie by Benjamin Suter from Pexels





Related Posts

LIPO ( dlaczego to mam) EDEMA 9 stycznia 2019
SOBOTNIE SPA 10 stycznia 2019

Leave a Reply